czwartek, 3 lipca 2014

long time no see



ΨΨΨΨΨΨ



Czy o, te są z porzeczkami w środku?
Ni e eee, dziś są z truskawkami.
A te rogaliki też?
Tak! Pani je weźmie, szef sam wypiekał!
???
Szef się strasznie podnieca, kiedy klienci je kupują.
Może po prostu lubi swoją pracę.






ΨΨΨΨΨΨ



środa, 8 stycznia 2014

re:prise





Tegoroczna zima nie rozpieszcza frau: poskąpiła mrozów, śniegu i wiatru.

Kiedy niebo za oknem przybiera kolor otaczających podwórze murów, spijając kolejne poranne kawy, które to nieuchronnie wraz z upływem czasu stają się kolejno kawami przedpołudniowymi, popołudniowymi, poprzez five o'cklocka (oczywiście kawowego) aż do kawy wieczornej... no więc przepływając tę rzekę kawy zaglądam  w świat jak długi on i szeroki. Zaglądam, sprawdzam co u niego słychać, koryguję zapis. Aktualnie na tapecie mamy kilka patologii, frau zaś zatrzyma się na chwilę przy szmaciano - podatkowej.

Skomentowawszy z przekąsem,  powtórzywszy za wirtualnym tłumem:
tylko frajerzy płacą podatki.
Joł.
Jestem frajerką, jestem też feministką, kiedyś zaś pragnęłam być konduktorką. Stąd moje "ą" będzie stało tu duże oraz dumne pyszniąc się swym żeńskim rodzajem. A co! jak wiadomo kawa jest dobra na depresję lecz niedobra na ciśnienie(nad).

Nie mnie wytykać paluchem, wskazywać na przyczyny takiego, a nie innego obrotu spraw. Można przytaczać tysiące argumentów, oglądać przysłowiowe jajko z każdej strony, dywagować, szukać dziur w całości. Osobiście frau skłania się delikatnie w kierunku umiarkowanego bojkotu. Nie, nie odwraca się plecami do całego świata, nie poświęca całego czasu na tropienie poczynań globalnych koncernów, ale uwierzcie: siedzi na tyłku, a tyłek ów przyodziała w polskie majty wyprodukowane lokalnie z bawełny zebranej przez dzieci gdzieś daleko stąd*. Jednocześnie wspiera łokieć o poduszkę obleczoną w polar (koloru karminowej czerwieni), który powstał w wyniku przetworzenia butelek typu PET.
Ale nie wiadomo gdzie.
Niepokojącym jednak jest fakt, iż świat pełen jest maleńkich drobinek plastiku. Plastik jest wszędzie!

Frau szpera, dawkuje informacje, gdzie może tam się stara, gdzie jeszcze nie może, tam zachowuje świadomość istniejącego stanu rzeczy lub poddaje w wątpliwość.
Na wieczór zaś poleca nie takie kiepskie wino BALANCE.
Dla zachowania. Równowagi.


* trwają prace nad wdrożeniem do produkcji  całkiem wygodnych, bawełnianych majtów z recyklingu, wyprodukowanych jak najbardziej tu czyli ręcznie, przez frau


niedziela, 1 grudnia 2013

nowe/stare/trwałe

Myśl, że posiadane przez nas rzeczy odzwierciedlają upływ czasu, nie jest oczywiście nowa. Kiedyś ślady zużycia przydawały przedmiotom znaczenia. Na przykład te poobtłukiwane  nikony, ciągane przez fotografów z czasów wojny wietnamskiej przez pola śmierci Południowo-Wschodniej Azji, z zaklejonym logo, by nie przyciągało uwagi snajperów, i ciężką metalową obudową wyłaniającą się spod odpryskującej czarnej farby. Były to przedmioty zasługujące na szacunek. Wyroby rzemieślników, genialne mechaniczne wynalazki, które po naciśnięciu guzika podnosiły lusterko pozwalające patrzeć przez obiektyw. Przedmioty, których sam wygląd zewnętrzny był wyrazem geniuszu i ich wartości. Miały zachować trwałość na długie lata, działając z niezawodnością, której obietnica zawierała się w kunszcie optyka szlifującego ich soczewki i trosce, z jaką zaprojektowano charakterystyczne metalowe blaszki przesłony. Te właściwości nic nie tracą na wartości nawet po latach.
***
To, co nas uwodzi i sprawia, że kupujemy dany produkt, to jego wygląd, który nie przetrwa fizycznego kontaktu.

Źródło


Czy posiadamy jakiś (współcześnie) wytworzony przedmiot, który dotrwa chociaż do naszej śmierci? i który wraz z upływem czasu stanie się "tym cennym" w ów szczególny sposób?


W nie tak dalekiej przeszłości otwierałam wino stuletnim korkociągiem. Przedmiot ten pożyczono nam z domu, w którym wiekowych rekwizytów było pod dostatkiem. Zawładnęły one całą jego przestrzenią, nie sposób było ruszyć się i nie natrafić na drobny ślad przodków właścicielki. Mymel jako ta, która wyszła z przybytku, gdzie przedmiotów nie gromadziło się z nabożnym pietyzmem, przez wiele lat swoje pierwsze wynagrodzenia trwoniła na stare buteleczki po lekarstwach, książki pachnące tytoniem i pordzewiałe metalowe puszki z napisami w obcych językach. 


Nieodparta potrzeba posiadania czegoś noszącego na sobie ślady wieloletniego zużycia wyparta została przez całkiem praktyczne podejście: po prostu nagle okazało się, że drewniany fotel przywleczony z komisu jest trwalszy od współcześnie wyprodukowanego krzesła biurowego, porcelanową filiżankę oraz talerz szkliwiony przez jakąś amatorską pracownię ceramiki łatwiej domyć trudniej zaś zdewastować w trakcie tego mycia,  a trzydziestoletnia maszyna do szycia wydaje z siebie dźwięk o wiele bardziej litościwy dla ludzkiego ucha, aniżeli całkiem nowy, plasticzany klekot. 


Jeśli tylko mogę, staram się wyszukiwać tkaniny, które nie zostały wyprodukowane w ostatnim czasie. W lokalnym sklepie tekstylnym zaprzyjaźniona ze sprzedawczyniami na tyle dobrze, że pozwalają mi korzystać ze swojej metalowej drabinki, tarzam się w kurzu przy podłodze i wspinam pod sufit po to tylko, by odkopać spod zwałów nowych, kolorowych tkanin te, które zalegają od dłuższego czasu. Ponieważ przynajmniej od pięciu lat regularnie robię tam zakupy,  widzę jak bardzo zmieniają się tkaniny pod względem gatunkowym. Czasami pojawi się perełka, taka jak nylonowa podszewka z nadrukiem przedstawiającym rozświergotane ptactwo i bujną roślinność niewiadomego pochodzenia, czasem mięsisty, mocny sztruks w nieoczywistym kolorze, albo płótno, które jakimś cudem zawieruszyło się na zapleczu i przeleżało kilka lat opakowane w folię, nietknięte jeszcze, pachnące tym charakterystycznym zapachem tak typowym dla rzeczy nieskalanych użytkowaniem.

Intuicja raczej nie zawodzi, gorzej ze szkiełkiem i okiem, to one wysyłają sygnał do głowy szepcząc "weź mnie, taka ładna jestem", więc daję się uwieść powierzchowności, bo też nie każda tkanina musi być na sto lat.

Choć czasem mogłaby być właśnie taka. Frau przywiązuje się do rzeczy i lubi, kiedy są trwałe.





wtorek, 10 września 2013

wzorowy wrzesień

Jeszcze uchylamy okna na noc: nad ranem przez szpary wsącza się rześkość + marudzenia dzieci z sąsiedztwa.

Chadzam na bazar, zbieram dynie. Paradoks taki: dynia, która to wiele zniesie i, podobnie jak jabłka, dobrze przechowywana przeleżakuje sporą część zimy, staje się towarem deficytowym już w listopadzie. Więc zbieram.
Razem z dyniami kolekcjonuję zdziwienia:

* fioletowe kalafiory w sierpniowym słońcu na wystawach prowincjonalnych warzywniaków (pytam panią czy to jest TA, właśnie ta odmiana kalafiora, nieeee to szefowa farbą pomaowała, drążę dalej, bo czemu liście zostały zielone, nieee to niejadalne, ozdobne raczej),

* na bazarze pan z dyniami, specjalizuje się w nich wyłącznie (na stole wyeksponowane przepięknie różne odmiany, każda stosownie opisana, pan z szerokim uśmiechem dla żądnych wiedzy wyciąga mini przewodnik po dyniach i czyta),

* chłodno wieczorem, więc nogi, nogi tu, nogi tam, dzwonię kluczami po zmroku, coś się pałęta między, myślę kotek mały, potrząsam torbą z chrupkami o rybnym zapachu, zapalam latarkę - ciasteczko.
Patrzy na mnie pięć par oczu: mały prążkowany, duży prążkowany, gruba prążkowana, biały (z szarą łatą), czarny (z białą łatą). Szaleństwo wzorów i kolorów.